Nóż myśliwski ongiś i dziś Autor: Sergiusz Mityn

Trochę humoru

Na wstępie parę zabawnych historyjek, które przydarzyły mi się w nawiązaniu do tematu.

Kiedyś pewna znajoma pani, widząc na moim biurku nóż myśliwski – o tym jej akurat powiedziałem – szczerze się zdziwiła, że „taki maleńki”.

Znajomy dziennikarz i myśliwy w swoim czasie zaskoczył mnie jeszcze bardziej, pytając z wyraźnym odcieniem ni to zdziwienia, ni to znudzenia, a po cóż mi na polowaniach nóż – chyba, żeby kiełbaskę pokroić… Kiedy spróbowałem wyjaśnić dorosłemu z wyglądu facetowi, że po to, by zwierzynę sprawiać, wywołałem tylko większe zdziwienie: „Przecież to jegier zrobi”.

W pierwszym przypadku pani wyraźnie pomyliła epoki, zakładając, że nóż myśliwski to nóż, z którym w ręku poluje się na zwierzę – skrupulatnie wyjaśniłem jej różnicę. Drugi przypadek był znacznie cięższy, gdyż nosił pewne cechy klinicznego i nie pozostawiał miejsca ani chęci na poważną rozmowę. Zatem ograniczyłem się do kpiny: „A po co ci sztucer? Może jegier i zwierzę za ciebie ustrzeli – w końcu na pewno strzela lepiej”.

Trochę historii

Traktując temat poważnie, trzeba jednak przyznać, że dziś nóż myśliwski rzeczywiście wygląda zasadniczo inaczej niż w czasach polowań z kuszą albo jednostrzałową fuzją skałkową. To, co wisiało na pasie myśliwego tamtych czasów, nawet nożem w ścisłym znaczeniu nazwać trudno – był to kordelas z długą, względnie wąską, często obusieczną klingą, z rozbudowanym ozdobnym jelcem i rękojeścią najczęściej wykonaną z poroża. Używano go do dobijania (skłuwania) postrzelonej zwierzyny. Mógł również przydać się w sytuacji, kiedy duże i niebezpieczne zwierzę – chociażby dzik – rozjuszone odniesioną raną „proponowało” myśliwemu zamianę rolami. Natomiast nigdzie i nigdy takie kordelasy nie były używane do sprawiania tusz, o urządzeniu obozowiska czy przyrządzeniu posiłków nie wspominając. Zresztą to były czasy, kiedy jedni polowali, a ktoś inny za nich sprawiał zwierzynę i urządzał obozowisko czy przygotowywał jedzenie. I ci inni właśnie używali typowych noży myśliwskich, tyle że raczej miernej jakości, bo nikt nie dbał o ich wygodę i komfort.

Dziś taki „podział obowiązków” też w zasadzie nie jest wykluczony w niektórych sytuacjach, wszak ludzie zamożni polują dla rozrywki, nie dla zdobycia pożywienia. Zatrudnianie przez nich zawodowych przewodników myśliwskich, jegrów, leśników do szczególnej rzadkości nie należy, ale… Wyobraźcie sobie myśliwego bez noża na pasie – czy to nie będzie wyglądało nieco głupawo, delikatnie rzecz ujmując? Przecież to swego rodzaju atrybut wizerunku, oznaka przynależności do „braci łowieckiej”! Nawet gdyby myśliwy wcale nie wyjął go z pochwy, no chyba że rzeczywiście po to, by „kiełbaskę pokroić”, choć tej jakże poważnej czynności także bym nie lekceważył. A ponieważ klasycznym myśliwskim kordelasem w średniowiecznym stylu nawet kiełbaskę pokroić jest niezbyt wygodnie, zastanówmy się nad tym, jaki powinien być współczesny nóż myśliwski.

Wybór to zawsze kompromis

Przede wszystkim nóż powinien być w miarę uniwersalny, nadający się do możliwie szerokiego zakresu wykonywanych zadań, zarówno rutynowo zakładanych, jak i powstających losowo, niespodziewanie. Od rzeczywistego sprawiania tusz poprzez ewentualne urządzanie obozowiska po przysłowiową „kiełbaskę” włącznie. Ponadto na pewno nie powinien być zbyt duży, bo przesadna wielkość godzi w poręczność i precyzję posługiwania się nim, a nosić go przy sobie jest również znacznie mniej wygodnie. Klinga o długości 4 cali (około 10 cm) będzie w sam raz, dłuższych radziłbym unikać. Czy może być krótsza? Owszem, może, ale pod warunkiem że rękojeść pozostaje dostatecznie duża i układa się w dłoni wystarczająco dobrze, by zapewnić wygodny i bezpieczny chwyt – nawet w dłoni zakrwawionej, zatłuszczonej, oślizgłej albo po prostu zmarzniętej.

Im cieńsza klinga, tym lepiej tnie, czyli grubość klingi nie może być zbyt duża: 3–4 mm można uznać za optymalną, 4,5 mm – za maksimum, 5 mm – to już przesada. Oczywiście cieńsza klinga traci na wytrzymałości mechanicznej, nóż myśliwski jednak nie służy do rąbania, podważania, wyłamywania itp. (zresztą żaden inny nóż także nie). Słyszałem kiedyś stwierdzenie: „Nóż to najdroższy, a za razem najmniej skuteczny łom, jaki tylko możesz mieć”. Otwierać konserwy nożem teoretycznie niby można, ale po tym robić tymże nożem coś sensownego – już nie. Zabranie ze sobą zaiste groszowego – w porównaniu z nożem – otwieracza do puszek wydaje się znacznie lepszym rozwiązaniem.

Więcej można przeczytać w Magazynie Sezon nr 56.

PRZECZYTAJ PEŁNĄ WERSJE / PRZECZYTAJ PEŁNĄ WERSJE

ZOBACZ TEŻ

Jaka to stal? Autor: Sertiusz Mityn

Z czym do lasu

Powierzchowny przegląd stali kling. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że wcale nie zamierzam zapuszczać się w gęstwinę metaloznawstwa i zanudzać czytelników szczegółami...



Bieszczady światlem malowane

Przeczytaj

Na spotkanie z najznakomitszym piewcą bieszczadzkiej przyrody jedziemy do wsi Słonne nad Sanem. Tadeusz Budziński ma tam swoją letnią siedzibę, w której jako fotograf przyrody i myśliwy...



Mauser 98 król sztucerów i sztucer królów

Retro

Niewiele innych modeli odcisnęło się równie wyraźnie na kartach historii rozwoju broni palnej, jak dzieło Paula Mausera z roku 1898. Sztucer narodził pod koniec wieku XIX się jako...



Celownik termowizyjny FORTUNA ONE 6ХL

Testy

Termowizory Fortuna One to urządzenia łączące w sobie możliwość detekcji, rozpoznania a także oddania precyzyjnego strzału. Fortuna One dostępna jest w czterech wariantach...



© magazyn sezon 2016