Bieszczady światlem malowane

Na spotkanie z najznakomitszym piewcą bieszczadzkiej przyrody jedziemy do wsi Słonne nad Sanem. Tadeusz Budziński ma tam swoją letnią siedzibę, w której jako fotograf przyrody i myśliwy spędza każdą wolną chwilę, z dala od rzeszowskiego zgiełku.

Ognisko

Wita nas uśmiechnięty, pełen werwy i energii, od razu planuje nam pobyt.

– Dzisiaj sobie pogadamy, a jutro oprowadzę was po okolicy.

I już wiemy, że plan i dobra organizacja to połowa sukcesu – zarówno u myśliwego, jak i u fotografa przyrody.

Rozmawiamy o teraźniejszości i przeszłości fotografii. O tym, jakie były początki fotografii przyrody w Polsce. O sprzęcie, o fotografach, o przyjaźniach i układach, o realiach, jakie wtedy panowały. O teleobiektywie Pentaflex – który Tadeusz Budzyński dostał od Wojciecha Plewińskiego, a ten z kolei odziedziczył go po Włodzimierzu Puchalskim – i o tym, jak w końcu Tadeusz przekazał go do muzeum na Zamku Królewskim w Niepołomicach jako artefakt na stałą wystawę „Widziane jednym obiektywem”, prezentującą zdjęcia wykonane przez wszystkich trzech fotografików.

Temat schodzi na wilki.

– Lubię myśleć o sobie, że jestem wilczarzem. – Nasz rozmówca cytuje swój wstęp do albumu Wilk. – Wilczarzem podwójnym, bo jestem myśliwym i tropicielem, strzelcem i fotografem. Myśliwym zostałem w roku 1975. Wcześniej wiele razy brałem udział w tropieniu i fladrowaniu wilków, jedynie je fotografując. Asystowałem najsławniejszym bieszczadzkim myśliwym. Wilki mnie zafascynowały i przez kolejne lata polowałem na nie, nie rezygnując z fotografii. Kiedyś, oglądając moje prace, Włodzimierz Puchalski powiedział, że naprawdę dobre zdjęcia zwierzyny może zrobić jedynie myśliwy. Kiedy już miałem strzelone kilka wilków i wiele najwyższej klasy przeżyć myśliwskich z tym związanych, poczułem, że pasja fotografowania bierze górę. Mimo upływu lat dalej chcę słuchać watah wyjących przy księżycu na szczytach Otrytu, wabić i czekać na ciemne sylwetki wilków bezgłośnie i lekko sunące po stoku lub obserwować je, jak zaganiają chmarę jeleni. I myślę, że naprawdę skutecznie chronić wilka mogą wyłącznie prawdziwi etyczni myśliwi.

Zapadła gwieździsta i chłodna majowa noc. Siedzimy pod wiatą samodzielnie zbudowaną przez gospodarza dookoła ogniska – pieczemy kiełbaski.

Plener

Rano Tadeusz zabiera nas na prywatny plener fotograficzny – chce nam opowiedzieć o kilku fotografiach, które zrobił w okolicy do swojego najnowszego albumu Podkarpacie lasem rośnie. Po drodze opowiada o okolicy, o sąsiadach, o losach pogórza przemyskiego oraz o rodzinie Krasickich i ich potomkach – tych z prawego łoża, ale więcej o tych z nieprawego.

Pytam, jak to się stało, że zaczął fotografować Bieszczady.

– Na ulicy Rutkowskiego w Warszawie było Wydawnictwo Sport i Turystyka. Cały zysk ze sprzedaży publikacji szedł na propagandę, a autor tekstu dostawał tyle honorarium, ile maszynistka za przepisanie tego tekstu – zaczyna swoją opowieść. – I oni zauważyli mój album Ziemia przemyska i zadzwonili do mnie, żebym coś zrobił o Bieszczadach. Potem wydałem jeszcze kilka albumów o Bieszczadach, ale najbardziej w pamięci mam ten, od którego to wszystko się zaczęło. To były inne czasy. Wydawnictwa były państwowe, na papier czekało się latami, a szafy w wydawnictwach były pełne materiałów czekających na publikację. Mnie się udało. Biskup Kościoła anglikańskiego załatwił papier na wydruk Biblii dla swoich wiernych i tego papieru zostało. Szef wydawnictwa zdecydował, że wydamy na tym album Bieszczady. Więc miałem dużo szczęścia. Wydano go w nakładzie 30 tys. egzemplarzy plus 2 tys. dla załogi. Z tego albumu pamiętam szczególnie jedno zdjęcie. Z wypalania drewna na węgiel drzewny. Na szczycie kopca, w dymie, z łopatą w dłoniach pracuje smolarz. Taka kwintesencja bieszczadzkiego klimatu z tamtych lat.

Powraca na chwilę ze wspomnień do tu i teraz.

– Tu niedaleko są takie dwa stawy, może znajdziemy tam jakieś ślady – oznajmia. –Teraz mam już prawie 80 lat, a dobre samopoczucie zawdzięczam temu, że nie paliłem i nie piłem… No, może tylko czerwone wino do dziczyzny (śmiech). O, jest trop! – Tadeusz wskazuje na odcisk jeleniej racicy. – Kilka lat temu przyjechał tu Wojtek Plewiński. Był sierpień. Idziemy na spacer tak jak z wami, a tu stoi wystraszony chłop i mówi: „Panowie, jakiego ja dzika widziałem! Ze dwa metry miał!”. A widząc nasze uśmiechy powątpiewania, dodaje rozeźlony: „Panowie, ja niejednego dzika widziałem. Świnie chowałem, więc wiem, co mówię”. I faktycznie znaleźliśmy takie tropy, że szkoda, że gipsu nie miałem i odlewu nie zrobiłem. Olbrzymie. Nigdy wcześniej takiego dziczego tropu nie spotkałem.

Stajemy przed rozłożystym bukiem. Ma ze 300 lat i około 5 m obwodu przy odziomku. Tadeusz pokazuje nam, skąd zrobił zdjęcie, jak kadrował. Próbujemy powtórzyć ujęcie.

Zostawiamy monumentalnego buka i kontynuujemy spacer. Rozmowa schodzi na zwierzynę, na polowania…

Całą relację ze spotkania z Tadeuszem Budzińskim można znaleźć w 57-58 numerze Magazynu Sezon.

PRZECZYTAJ PEŁNĄ WERSJE / PRZECZYTAJ PEŁNĄ WERSJE

ZOBACZ TEŻ

Jaka to stal? Autor: Sertiusz Mityn

Z czym do lasu

Powierzchowny przegląd stali kling. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że wcale nie zamierzam zapuszczać się w gęstwinę metaloznawstwa i zanudzać czytelników szczegółami...



Bieszczady światlem malowane

Przeczytaj

Na spotkanie z najznakomitszym piewcą bieszczadzkiej przyrody jedziemy do wsi Słonne nad Sanem. Tadeusz Budziński ma tam swoją letnią siedzibę, w której jako fotograf przyrody i myśliwy...



Mauser 98 król sztucerów i sztucer królów

Retro

Niewiele innych modeli odcisnęło się równie wyraźnie na kartach historii rozwoju broni palnej, jak dzieło Paula Mausera z roku 1898. Sztucer narodził pod koniec wieku XIX się jako...



Celownik termowizyjny FORTUNA ONE 6ХL

Testy

Termowizory Fortuna One to urządzenia łączące w sobie możliwość detekcji, rozpoznania a także oddania precyzyjnego strzału. Fortuna One dostępna jest w czterech wariantach...



© magazyn sezon 2016